Prywatyzacja PKS-u, miasto obeszło się smakiem
Miasto nie weźmie kieleckiego PKS-u. Pod naciskiem związków zawodowych prezes zarządu PKS-u w czwartek przygotował wniosek do ministerstwa o prywatyzację przedsiębiorstwa
Jeszcze latem związkowcy z PKS-u demonstrowali przed siedzibą Ministerstwa Skarbu Państwa w Warszawie, domagając się zgody na komunalizację tego państwowego przedsiębiorstwa. Na ostatniej sesji rady miejskiej na przejęcie go przez miasto zgodzili się radni. Ale w ubiegłym tygodniu sprzeciwił się temu właśnie zarząd regionu "Solidarności".
Wczoraj prezes komunikacyjnego przedsiębiorstwa Anatol Rodak pod wpływem związkowców z "Solidarności" przeciął nadzieje miasta na jego komunalizację. Związkowcy zjawili się pod gabinetem Rodaka przed południem.
- Jeśli komunalizacja to już temat przekreślony, zamknięty, to mówię do prezesa: róbmy prywatyzację, wtedy z prywatnym inwestorem będziemy mogli negocjować pakiet socjalny - zaproponował Zbigniew Zwierzyński, wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ "S" w PKS-ie.
Związkowcy obawiają się zwolnienia 40 spośród 170 pracowników, co jak twierdzą, zapowiedział Rodak.
Do gabinetu prezesa Zwierzyński wszedł razem z przewodniczącym Zarządu Regionu Świętokrzyskiego NSZZ "S" Waldemarem Bartoszem. - Zaniechaj pan tych niecnych czynów - apelował Zwierzyński do Rodaka.
- Ja stawiam sprawę uczciwie. Zwolnienia to nie jest sztuka dla sztuki. Za chwilę musimy opuścić budynki na Zagnańskiej [PKS sprzedał tamtejszą działkę - red.], bo wchodzi tam Plaza i może się okazać, że nie będzie możliwości zatrudnienia tylu osób. A jeśliby ministerstwo zadecydowało o prywatyzacji, to ja się pod tym podpisuję - mówił prezes.
- Ale to pan musi wysłać taki wniosek - podkreślali związkowcy.
- Dobrze. Dziś przygotuję wniosek do ministerstwa [w sprawie prywatyzacji kieleckiego PKS-u - red.] - zapowiedział Rodak.
Szczegóły omawiano już za zamkniętymi drzwiami.
Prezydent Kielc Wojciech Lubawski nie kryje rozczarowania. Planował, że po przejęciu PKS-u miasto zainwestuje w dworzec i zrobi z niego znowu perełkę, którą Kielce mogłyby z dumą prezentować gościom. - Dworzec nie jest mi obojętny. Ale cóż, pozostaje mi tylko trzymać kciuki, żeby znaleźli dobrego inwestora. Rola miasta w tym przedsiębiorstwie jest już historią - mówi prezydent.
Ale nie zamierza pozostać bierny. - Rzeczywiście, ktoś może się skusić na same grunty, nie dbając o funkcję komunikacyjną PKS-u. Stworzy miraż dobrobytu dla pracowników, aby tylko zostać właścicielem cennych nieruchomości, postawić tam hipermarket albo osiedle mieszkaniowe - przyznaje Lubawski.
I ma na to odpowiedź. - Na najbliższej sesji przystąpimy do sporządzenia planu zagospodarowania przestrzennego dla tego obszaru, żeby sobie ktoś nie roił budowy supermarketu czy mieszkań. I wtedy ten grunt nie będzie kusił tych, którzy by chcieli sprywatyzować tę firmę w złej wierze - mówi Lubawski.
Waldemar Bartosz nie czuje się odpowiedzialny za fakt, że nie dojdzie do komunalizacji PKS-u. - Propozycja miasta nie była propozycją tego rodzaju. To była komunalizacja bez ludzi, czyli komunalizacja majątku, nie przedsiębiorstwa. To oszukiwanie ludzi - mówi.
Zdaniem Bartosza prywatyzacja to lepsze wyjście dla PKS-u. - Jeśli trafiłby się dobry inwestor, taki, który dalej prowadziłby firmę, a nie wybudowałby tam np. hipermarketu, to optuję za prywatyzacją. Bo z całym szacunkiem dla samorządów, one nie są powołane do prowadzenia działalności gospodarczej - stwierdził.
Zanim związkowcy znaleźli się na dworcu, doszło do ostrej wymiany zdań w siedzibie regionu przy ul. Planty. Rano grupa 40 związkowców z "Solidarności" złożyła tam niespodziewaną wizytę przewodniczącemu Bartoszowi. Zarzucali mu, że torpeduje prace związku w PKS-ie. - Dlaczego wypowiada się pan w mediach, że nasz związek jest nielegalny? - grzmieli związkowcy.
Bartosz tłumaczył, że przewodniczącą związku jest nadal Danuta Katanowska, choć od kilku miesięcy w PKS-ie już nie pracuje, bo odeszła na emeryturę. A Zwierzyński, zgodnie ze statutem, ponieważ pełni funkcje kierownika i podlega prezesowi stracił przez to funkcje związkowe.
- To nieprawda. Oddziela mnie od prezesa dyrektor techniczny - mówił Zwierzyński.
Związkowcy wytknęli Bartoszowi jeszcze jeden "grzech". - Po co pan wysyłał pismo do Ministerstwa Skarbu, że związek jest nielegalny? - pytali. W piśmie podpisanym przez wiceprzewodniczącego regionu "S" Mieczysława Gójskiego była informacja o Zwierzyńskim, że z powodu funkcji kierowniczej nie może być wiceprzewodniczącym związku oraz że komisja zakładowa nie reprezentuje załogi, bo ma za mało członków.
Bartosz odciął się od tego pisma. - Ja byłem wtedy na zjeździe w Wadowicach - tłumaczył. Przypuszczał, że pomyłka jego zastępcy mogła wynikać z pośpiechu. Na żądanie związkowców zapowiedział, że to wszystko odkręci. I tak się stało, w gabinecie prezesa Rodaka Bartosz przyznał, że władze regionu NSZZ "S" nie kwestionują legalności komisji zakładowej związku w PKS-ie.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kielce
http://miasta.gazeta.pl/kielce/1,35255, ... l?skad=rss