cm pisze:... nadal nie czuję się do końca przekonany, ale to pewnie dlatego, że nie jestem architektem ani urbanistą i patrzę na rzeczywistość oczami przeciętnego użytkownika krajobrazu
Architekt ma takie same oczy jak lekarz czy nauczyciel. Patrzeć i oceniać to co widzimy uczymy się przez pryzmat własnych doświadczeń, a te czerpiemy z otoczenia w którym się wychowujemy, mieszkamy, żyjemy. Paradoksalnie: zmieniamy otoczenie na swój sposób a potem to ono nas kształtuje. Nie bez kozery najlepsze szkoły designu są we Włoszech – na co dzień obcując z ponadtysiącletnią kulturą i jej najwspanialszymi dziełami po prostu pewne rzeczy chłonie się niejako bezwiednie (proporcje, powiązania, kontekst, wzajemne relacje formy, koloru, faktury ...). Naszemu pokoleniu największą krzywdę komunizm zrobił zawężając spektrum doświadczeń do porównywań. Nauczyliśmy się nie szanować własnej wartości, pracy, wiedzy; zobojętnieliśmy na wszechobecny bałagan; nie protestujemy przeciw bylejakości; przyzwyczajono nas do czarno-białego świata i 'zerojedynkowych' poglądów – albo za albo przeciw. Na szczęście to się zmienia ... powoli ale jednak nieubłaganie.
Dla mnie, jak już powiedziałem, człowieka bez architektonicznego szlifu, istotne są przede wszystkim budynki. Układ ulic przemawia do mnie ze względu na swoje historyczne konotacje, ale nie "czuję" specjalnie jego wpływu na zabudowę w sensie "wymuszania" określonych rozwiązań ...
Tu nie chodzi o sam układ ulic, ale raczej o całe urbanistyczne 'wnętrze' którego ściany stanowią budynki, ulice i place podłogę a chmury nad nimi sufit ... no i my – obserwatorzy i użytkownicy wewnątrz.
To o co chodzi w tym całym magicznym 'układzie urbanistycznym' to wzajemne relacje ścian, sufitu i podłogi. Harmonia wnętrza ma podstawowe znaczenie dla tego czy będziemy sie w nim czuli dobrze czy źle, jak będziemy je odbierali. Nie chodzi o to aby wszystko było z góry określone (wymuszone), w planowaniu nie ma jednej 'sztancy' i jedynie słusznej drogi. Ustanawiając określone parametry graniczne (wysokość, proporcje, funkcje itp. itd.) jednocześnie pozwalamy projektantom dowolnie poruszać się w tych ramach (plan miejscowy to taka ogólna instrukcja odnośnie charakteru wnętrza a nie lista zakazów). Bez problemu możemy sobie wyobrazić ścianę (to elewacje) na której obok siebie wiszą obrazy Rubensa i Mondriana (architektura historyczna i współczesna) ale już poczujemy się niepewnie jeśli obok siebie wisieć będą 'Słoneczniki' Van Gogh'a i 'Jelenie na rykowisku' bezimiennego 'tfórcy' (dobra i mierna architektura) . Nie wiadomo czy to żart, prowokacja czy może bezguście domownika (a co najgorsze to ta słaba deprecjonuje tę lepszą a nie lepsza nadaje rangi gorszej). Śmiesznie też wyglądała by 'Bitwa pod Grunwaldem' obok 'Stańczyka' Matejki – stylistyka, treść, materiał są jednorodne, ten sam autor lecz formaty lekko mówiąc do siebie nieprzystające (~ 400/900cm i 90/120 – gwoli ścisłości).
Porównania można by mnożyć lecz nie o to tu chodzi. Wracając do układu urbanistycznego ... weźmy na warsztat rzeczoną ulicę Piotrkowską. To doskonały przykład wielu mankamentów zdegradowanego wnętrza historycznej ulicy.
Idąc od Rynku wchodzimy w stosunkowo ciasne i ciemne wnętrze śródmiejskiej uliczki – po bokach w jednakowej odległości budynki o zbliżonej wysokości i kolorycie, nawet fakt, że jedna ściana jakoby jest martwa (bo urząd nie ma od tej strony wejścia ani nawet okien na wysokości pozwalającej zerknąć do wewnątrz ) nawet nam specjalnie nie przeszkadza. Od razu wiemy że jesteśmy w śródmieściu, wśród zabudowy ukształtowanej lata temu. W perspektywie po lewej dostrzegamy brak ściany – zapowiedź jakiejś przestrzeni otwartej (podświadome zerkamy cóż to tam może być ciekawego), widać trochę zieleni a na wprost ściana z brązowego, nieprzeziernego szkła (trochę nam nie pasuje do tego co mamy bezpośrednio obok siebie, ale trzyma gabaryt). Robimy tek kilka kroków do przodu i tu pierwsze rozczarowanie – to co zapowiadało się na jakieś ciekawe wnętrze (otwarcie) jest w połowie parkingiem. Innymi słowy trafiliśmy do gospodarczej części 'domu' i to w dodatku dość zaniedbanej bo podłoga krzywa i pełno gratów stoi, a przecież dopiero zrobiliśmy jeden krok od głównego salonu.
Idziemy więc dalej, bo widać, że za moment uliczka zakręca i w dodatku w perspektywie mamy spotkanie z jakże dobrze nam znaną zabudową, którą wciąż jeszcze mamy po prawej stronie. Znów robimy kilka kroków i znów coś z tym 'domem' jest nie tak. Nie dość, że ściana po prawej jest cofnięta to dodatkowo kilkukrotnie wyższa niż ta obok, mijana przed chwilą. Nie zgadza się forma i stylistyka, gabaryty są nieproporcjonalne – i nie wiadomo czy to sufit jest krzywy (bo ściany są różnych wysokości) czy też to z nami jest coś nie tak. Od zadzierania głowy do góry kark już nas trochę boli – dość podziwiania przepięknej bryły Związkowca – idziemy dalej (tylko gdzie myśmy cholera wleźli?) Te kilka drzew wzdłuż naszej trasy trochę łagodzi dyskomfort.
Uf ... jednak wciąż jesteśmy w śródmieściu – na powrót pojawia się podobnie urządzone wnętrze jak to z którego rozpoczęliśmy nasz spacerek. W prawdzie ściany trochę zaniedbane i po lewej jest otwarta wnęka (chyba schowek na miotły) ale kiedyś się ją pewnie zabuduje (tak, tak – to przecudnej urody budyneczek z apteką na parterze cofnięt w stosunku do pierzei ulicy ... ech gdzie byłeś konserwatorze?).
Ale cóż to ... robimy jeszcze kilka kroków i okazuje się, że jednej ściany wogóle nie ma! Co tu się stało? Gdzie mamy iść dalej? ... oj, fatalnie utrzymany dom. W oddali po prawej widać jakichś ludzi – jest nawet wydeptana ścieżka ... mamy tam iść? Przed nami rysunek na posadzce tworzy rozwidlający się wzór. Jeden ślad lekko pod górkę skręca w prawo, drugi wzdłuż lewej ściany prowadzi ... no nie wiadomo gdzie, bo jest przecięty przez rzekę samochodów i jeszcze na środku postawił ktoś biały, 'kafelkowy' sześcianik (to chyba jakiś artystyczny eksperyment) – tak czy siak przejścia nie ma ... ale był spacerek – wracamy pospiesznie do salonu, bo jeszcze gospodarz będzie miał nam za złe, że się kręcimy po podwórku i będzie mu wstyd za bałagan.
cm - "czujesz" już jak miejsce i kontekst wpływa na zabudowę? i jak zabudowa wpływa na konkretne miejsce? Nasi radni właśnie uchwalili, że na ścianie ulicy Piotrkowskiej, obok może nie najlepszego, ale przyzwoitego obrazu 'Magistrat' należy powiesić tej samej wielkości i koniecznie w złotej, podświetlonej ramie instrukcję obsługi gaśnicy. Nikt nie zaprzeczy, że gdzieś musi wisieć, ale czy wybrali dobre miejsce i stosownie określili jej wielkość? Na to pytanie odpowiedzcie już sobie sami (jak tylko nie wiem po jasną cholerę będzie po niej spływała woda? - może żeby dodatkowo podkreślić jej większą rangę niż obrazu obok?)
PS
cm pisze:
Nie ma się po co powtarzać (wciąż wałkujemy to samo).
Pozwól, że znowu się z Tobą nie zgodzę. Dzięki takim dyskusjom (w końcu po to wymyślono fora internetowe) zawsze jest szansa, że Twoje argumenty trafią w końcu do jakiegoś profana (misja edukacyjna)..
no i masz co chciałeś

- to o misji,
a pisząc o powtarzaniu miałem raczej na myśli, że wszystkie argumenty za i przeciw zostały już wcześniej opisane, a nie, że nie warto dyskutować. Choć może i to prawda (jak mawiał staruszek Lenin), że 'wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą' ... więc swoje racje należy powtarzać często i dobitnie – może ktoś przyklaśnie i człowiek poczuje się dowartościowany.