Było to rozwiązane (u nas pewnie też tak będzie) tak, że w "strategicznych" punktach były ustawione odpowiednio oznakowane "kioski" z wolontariuszami którzy widzieli "wszystko" (przynajmniej na temat tych podstawowych spraw o które pytaliśmy) i dysponowali różnymi materiałami w różnych językach (mapki, informatory, broszury). Kolejki były, ale jakoś nikt nie narzekał.
Na dworcu kolejowym w Dortmundzie w informacji mniej więcej dogadać się dało, ale świetnym (i jakże prostym) rozwiązaniem było... wydrukowanie kartki. Pytaliśmy o jakieś opcja dojazdu do innego miasta. Z Panią dogadaliśmy się co do miast, daty i godziny i po prostu dostaliśmy wydrukowaną kartkę z godzinami odjazdów i przyjazdów pociągów na interesującej nas trasie (po niemiecku i angielsku).
Proste rozwiązania są najlepsze.
Generalnie też uważam, że to sprawa obowiązkowa nie jest żeby wszyscy po angielsku mówili. Nawet w turystycznych miejscowościach we Francji, Szwajcarii czy Włoszech jest z tym problem.
Ostatnio w marcu byłem na Salonie Samochodowym w Genewie. I co? Cała informacja o dojazdach po francusku. Bałagan totalny. Policjant ustawiony jako informacja - po angielsku nie umiał ani słowa. Ludzie na ulicy - 1/5 gadała po angielsku (pod warunkiem, że młody). Owszem - w oficjalnych punktach informacyjnych płynny angielski (z nieznośnym francuskim akcentem) obowiązuje, ale to nie jest ogólna norma na ulicy.
W kilku miejscach byłem i mam czasem wrażenie, że po angielsku łatwiej się dogadać na wschodzie niż na zachodzie... Do tego na wschodzie ludzie bardziej starają się pomóc - nawet jak języka nie znają.
Natomiast najfajniejsze rozwiązanie problemu językowego spotkałem na bliskim wschodzie - zapytasz kogoś o angielski (gdziekolwiek, kogokolwiek), a on zaprowadzi cie do najbliżej rezydującej osoby (zazwyczaj jakiś sklepikarz) znającej ten język