KIELCE

26 września 2008 - 0:01
Komodziński: W muzeum rewolucji nie będzie
Andrzej Komodziński ma objąć bardzo ważne stanowisko dyrektora Muzeum Narodowego w Kielcach. Są jednak istotne przeszkody - pieniądze.


Andrzej Komodziński ma objąć bardzo ważne stanowisko dyrektora Muzeum Narodowego w Kielcach.
Kieleckie Muzeum Narodowe jest jednym z siedmiu w Polsce. To wielki prestiż - niestety przez ostatnie lata prawie w ogóle nie wykorzystywany. Muzeum odwiedza bardzo mało ludzi, nie ma głośnych wystaw. Dlatego z nowym dyrektorem wiązane są wielkie nadzieje.
Lidia Cichocka: * Komisja konkursowa zarekomendowała pana na stanowisko dyrektora Muzeum Narodowego w Kielcach. Pokonał pan dwóch kontrkandydatów. Zaskoczył pana ten werdykt?
Andrzej Komodziński: - Bardzo. Byłem przekonany, że pan Ryszard de Latour wygra. Z Muzeum Narodowym jestem związany od połowy lat 80 jako konsultant i doradca. Obecnie konsultuję konserwację plafonów Dollabelli. Stwierdziłem, że powinienem doświadczenie, jakie zdobyłem jako konserwator, plus doświadczenia z 18 lat pracy w Niemczech w zakresie funkcjonowania muzeów oraz fundacji zajmujących się kulturą, wykorzystać, by kielecka placówka, niewątpliwie cenna, odzyskała dawną rangę. Myślałem, że moje pomysły, moja wiedza, jeśli nawet nie wygram konkursu, będą służyły nowemu dyrektorowi. Pan Ryszard de Latour był, według mojej oceny, stuprocentowym kandydatem na dyrektora muzeum. Niestety, stało się inaczej.
* Mówi pan niestety?
- Źle się wyraziłem (śmiech). Byłem naprawdę bardzo zaskoczony, kiedy otrzymałem telefoniczną wiadomość, że to ja wygrałem. Nie przypuszczałem, że to, co proponuję zainteresuje kogoś w Polsce tak dalece. Pan de Latour przedstawił równie interesujący program i komisja długo nie mogła się zdecydować, którego z kandydatów wybrać. Mnie pozostaje się tylko cieszyć, że ta konkurencja była tak prawdziwa, a konkurs stał, jak powiedział wiceminister pan Tomasz Merta, na bardzo wysokim poziomie.
* Szybko przyszło panu podjęcie decyzji o wystartowaniu w konkursie?
- Zastanawiałem się nad tym długo i powiem szczerze: zdobywałem wiedzę i doświadczenie w Polsce. Najpierw w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Kielcach, pracowni rzeźby i konserwacji, potem w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Po studiach profesor Jerzy Kowalczyk zaproponował mi udział w seminariach doktoranckich w Polskiej Akademii Nauk. Pracowałem jako konserwator dzieł sztuki, brałem udział w wielu komisjach konserwatorskich i współpracowałem z Muzeum Narodowym w Kielcach. Potem wyjechałem na Zachód, zdobyłem inne doświadczenie i nagle pojawiła się taka potrzeba, by komuś tę wiedzę przekazać. Moi synowie idą w innych kierunkach: jeden po maturze, którą zrobi w przyszłym roku będzie chciał zająć się czymś z pogranicza sztuki, ale niekoniecznie muzealnictwem i konserwacją, a starszy syn zajmuje się mediami i komunikacją. Mam dwie wychowanice w Ameryce, którym pomagałem się wykształcić i które w latach 80. wyemigrowały i z powodzeniem prowadzą w Los Angeles i Las Vegas działalność gospodarczą. Uznałem, że dobrze by było, by moja wiedza i doświadczenie przynosiły korzyści Polsce. Tym bardziej że pracując za granicą, w Niemczech, zawsze starłem się działać na rzecz zbliżenia obu krajów.
* Praca w Kielcach ma być rodzajem misji?
- To nie jest misja, to odpowiedzialność. Mam wiedzę, potrafię coś zrobić. Mogę funkcjonować w Polsce lub w Niemczech. Jeśli pan minister nie powoła mnie na stanowisko dyrektora, bo może tak zdecydować, zostaję tam gdzie jestem i nadal będę realizował moje plany, związane z działalnością zawodową i propagowaniem polskiej kultury w zjednoczonej Europie.
* Przyjmijmy wersję, że minister podpisuje pana nominację. Pierwsze co pan musi zrobić, to przeprowadzić się do Kielc…
- Dlaczego państwo zajmujecie się sprawami prywatnymi? Żyjemy przecież w świecie, gdzie szybkie przenoszenie się nie jest problemem.
* A żona? Czy ona też chętnie się tu przeprowadzi?
- To wszystko są rzeczy należące do sfery prywatnej. Moja żona jest i tak częściej w Kielcach niż ja. Dla niej wyjazd na Zachód, by tam mi towarzyszyć, był ciężką decyzją. Ale to nie jest problem. Czytelników powinno raczej interesować to, jak nowy dyrektor muzeum będzie działać.
* Ale ludzi interesują także pieniądze. Średnia pensja dyrektora muzeum to 7 tysięcy złotych brutto. Czy to są dla pana interesujące pieniądze?
- Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają.
* Wręcz przeciwnie, bardzo często mówi się o tym kto, ile zarabia.
- To ja od razu powiem, że przy takich zarobkach nikt w Polsce na stanowisku dyrektora nie będzie pracował. Jeśli ktoś podejmuje się zadania, to pertraktuje określone wynagrodzenie i dostaje kontrakt albo nie, ale nie chcę rozmawiać o wynagrodzeniu, bo to nie jest najważniejsze w tym momencie. Ważny temat, to przyszłość muzeum.
* Jak więc pan ocenia kondycję kieleckiego muzeum?
- Z ilością 23 tysięcy odwiedzających w pałacu rocznie żadna placówka kulturalna na świecie nie funkcjonowałby, zostałaby zlikwidowana. Wystawę, którą zrobiłem w zamku Bevern, opartą wyłącznie na replikach, w pierwszym półroczu 2008 roku odwiedziło 27 tysięcy osób. Jest to prowincjonalny renesansowy zameczek, a wystawa ma multimedialne oprowadzanie.
* Czyli nasze muzeum to taki rodzaj skansenu muzealnego?
- Nie możemy powiedzieć, że to jest skansen, bo muzeum dysponuje bardzo dobrymi zbiorami, ma świetną bazę: rezydencje w Kielcach i Oblęgorku, cenne zbiory. Jest też kompetentna kadra, znakomity dyrektor do spraw naukowych pan de Latour, na którego współpracę bardzo liczę. Wspaniałe wydawnictwa. Ale jeśli w muzealnym sklepie mamy wyłącznie wydawnictwa i stemple okolicznościowe, to za mało. Przychodzi wycieczka i ogląda XVII-wieczne wnętrza: gabinet, jadalnia, sypialnia, to nudzi. Dlatego te wnętrza trzeba uczynić żywymi. Dołączyć komentarz, podać ciekawostki, interesujące młodzież i dorosłych. To naszym zadaniem jest przedstawić atrakcyjną, wystawienniczą ofertę dla wszystkich zwiedzających. Temu służy między innymi multimedialny przewodnik, mając słuchawki na uszach możemy wybierać to, co nas interesuje.
* A więc co trzeba zrobić?
- Spełniać oczekiwania naszych klientów. Najpierw zmienić mentalność pracowników, sprawić by trochę inaczej popatrzyli na muzeum, by poczuli się gospodarzami, by byli zachęcający, by w Polskę szła dobra opinia o profesjonalnym charakterze placówki, życzliwej i dostępnej dla każdego.
* Będzie w muzeum kawiarnia?
- Polskie przepisy dokładnie określają, gdzie i jaka usługa gastronomiczna może być świadczona. Zamiany są potrzebne. W sklepie muzeum w Bückeburg oferuje się ponad 370 artykułów: wydawnictw muzealnych z całego świata, pamiątek, zabawek, przetworów żywnościowych, win, i tym podobne. U nas też mogłoby być coś podobnego. Trzeba jednak przygotować dla tych celów koncepcję i plany przebudowy sieni pałacowej i nie tylko sieni.
* A skąd na to pieniądze?
- Są możliwości pozyskania ich i wtedy muzeum będzie zarabiać nie tylko z biletów wstępu, ale także przez sklep i usługi gastronomiczne, które chciałbym udostępnić zwiedzającym.
* Muzeum czeka rewolucja?
- Nie. Ja lubię pragmatyczne podejście do tematu. Róbmy to, co jest możliwe i sensowne. Już po rekomendacji dostałem gratulacje z trzech ważnych muzealnych ośrodków i propozycję współpracy z jedną z największych prywatnych galerii w Niemczech w ramach sieci partnerskiej, którą także zamierzam stworzyć. Liczę też na prezydenta Kielc Wojciecha Lubawskiego, że pomoże udostępnić pałac. Bo teraz nawet autokary nie mają gdzie w pobliżu parkować. Pałac jest jak wyspa na morzu, bez dojazdu. Rozmawiałem z biurami turystycznymi i okazało się, że przyjazd do Kielc jest dla nich tak uciążliwy, że kierowcy losują, który za karę przyjeżdża do Kielc. Dobry dojazd do muzeum i możliwość parkowania autokarów, to też jest jeden z problemów, który dyrektor musi rozwiązać. Mam koncepcję, jak to zrobić, ale czekam na decyzję ministra.
Lidia Cichocka
źródło:
http://www.echodnia.eu/apps/pbcs.dll/ar ... /488005835