Sposób na korki w Kielcach. Dali znak uprzejmości
"Jazda na suwak" ma ułatwić przejazd przez rozkopaną ulicę Krakowską. Pierwszy w Kielcach znak zachęcający do uprzejmości na drodze ustawiono we wtorek rano przed wjazdem na zakorkowany wiadukt.
Zasada "jazdy na suwak" jest prosta: kierowcy mają dojeżdżać do zwężeń wszystkimi pasami, a następnie wpuszczać się nawzajem, po jednym aucie z każdego pasa. Zwyczaj ten przyjął się w Europie Zachodniej i Skandynawii. Tam zmotoryzowani przed tzw. wąskim gardłem na jezdni nie wymuszają pierwszeństwa, lecz życzliwie ustępują sobie drogi. Dzięki temu ruch jest płynny i nie dochodzi do kolizji.
"Gazeta" już w 2008 roku zaczęła promować "jazdę na suwak" wśród polskich kierowców. Po artykułach znak ustawiono w wielu miastach. Kieleccy drogowcy również mówili wówczas, że są zwolennikami takich rozwiązań i analizowali, gdzie w mieście można zastosować to wyjście. Ale ostatecznie skończylo się na pomysłach, bo argumentowano m.in. że znak nie jest ujęty w kodeksie ruch drogowego.
Tymczasem we wtorek rano stanął na remontowanej ul. Krakowskiej, przed zwężeniem w rejonie wiaduktów jadąc w stronę centrum miasta. - To w Kielcach pionierskie rozwiązanie, ale sprawdzające się w innych miejscach przy okazji dużych inwestycji drogowych. Zasada jazdy na suwak ułatwia bowiem przejazd przez zwężone miejsce - mówi Jarosław Skrzydło, rzecznik prasowy Miejskiego Zarządu Dróg w Kielcach. Podkreśla, że drogowcy będą przez najbliższe dni będą obserwować reakcje kierowców. - Jeżeli znak zda egzamin, niewykluczone, że pojawi się przed kolejnymi zwężeniami na ul. Krakowskiej - zapowiada rzecznik. Skuteczności znaku na razie nie chce komentować. - Za wcześnie. Za to inspektorzy już stwierdzili, że znak trzeba będzie nieco odsunąć od zwężenia, żeby kierowcy mogli go szybciej zauważyć i odpowiednio zareagować - mówi Skrzydło.
We wtorek, rzeczywiście, trudno było o jednoznaczną ocenę. Rano widzieliśmy kierowców jadących prawym pasem dość życzliwie wpuszczających tych z lewej strony. Ale oczywiście nie wszystkich i momentami było dość nerwowo. W pewnym momencie niemal wszystkie samochody jechały już tylko prawym pasem, bo dojeżdżające pojazdy ustawiały się karnie w kolejce za skrzyżowaniem z ul. Jagiellońską.
Ale Kielce nie są pod tym względem wyjątkiem. - U nas docieranie się kierowców trwało pół roku. Musieli się nauczyć, że najlepiej dojechać do końca swojego pasa i dopiero wtedy się włączyć - mówi Marcin Behrendt, dziennikarz toruńskiego oddziału "Gazety Wyborczej". Tam znak postawiono pod koniec 2008 roku przed mostem na Wiśle. To miejsce, w którym nawet poza godzinami szczytu trudno nie trafić na korki, bo z dwóch pasów ruchu nagle robi się jeden. Behrendt opowiada, że początkowo rozwiązanie krytykowano. - Dziś niemal wszyscy je chwalą, bo łatwiej wjechać na most. Ostatnio robiliśmy testy w ramach akcji "Jazda po Polsku" i na dziesięć prób zmiany pasa, za każdym razem byliśmy wpuszczani przez pierwszy samochód - mówi toruński dziennikarz.
marcin.sztandera@kielce.agora.pl
Gazeta Wyborcza Kielce