List. Wstydliwy problem Rynku.
Gdzie jest straż miejska? Gdzie jest policja? Kto, jeśli nie te służby, ma dbać o - abstrahując już od kultury w miejscu publicznym - przestrzeganie prawa? Kielczanie? Nikt rozsądny nie podejmie się próby zwrócenia uwagi grupie ludzi pod mocnym wpływem alkoholu. A i rezultaty będą opłakane - pisze w liście do "Gazety" Czytelnik.
Kilka tygodni temu, po głośnym i pełnym nadziei otwarciu Rynku, czytelnicy sygnalizowali problem, którego nie udało się rozwiązać modernizacją płyty czy kamienic - znanych wszystkim stałych bywalców w osobach miłośników tanich trunków. Obawiali się właściciele restauracji, miasto szukało rozwiązania, a straż miejska bezradnie rozkładała ręce.
Po rzeczonych kilku tygodniach jesteśmy zdecydowanie bogatsi o szereg doświadczeń. Okazało się, że ogródki piwne były strzałem w dziesiątkę. Niezależnie od dnia tygodnia są one pełne ludzi, którzy nie tylko piją piwo, ale jedzą tam obiady, kolacje czy desery. Sądząc po uśmiechniętych twarzach, bawią się przy tym doskonale. Jednym słowem - kielecki Rynek żyje! Można zaprosić gości z innych miast i nie czuć kompleksów przed krakowskim Rynkiem czy warszawską Starówką.
Ale w tej beczce miodu jest, niestety, łyżka dziegciu. To żule - bo nie można ich nazwać inaczej. Pośród dziesiątek eleganckich kielczan nie można ich nie zauważyć. Brudni, porozbierani do majtek, rozkrzyczani, agresywni, w stanie wyraźnego upojenia alkoholowego.
Wczoraj, w poniedziałek 22 sierpnia, o godzinie 21 ich liczna grupa (osiem osób) okupowała dwie ławki przyległe do ogródka restauracji Gildia. Jawnie, bez najmniejszej próby ukrycia rozlewali jedną po drugiej butelki taniego wina do plastikowych kubków, po czym opróżniali je równie skutecznie. Tańcom, krzykom, obnażaniu się, przepychankom, zabawom z psem, a przede wszystkim głośnemu obrzucaniu się wulgaryzmami nie było końca.
Wszystko na oczach kamer, dziesiątek klientów restauracji i przechodniów. Na twarzach tych ostatnich wyraźnie było widać zażenowanie.
Podany przykład nie jest bynajmniej sytuacją wyjątkową - tak na Rynku jest każdego wieczoru. Te same osoby zachowują się w ten sam sposób.
Gdzie jest straż miejska? Gdzie jest policja? Kto, jeśli nie te służby, ma dbać o - abstrahując już od kultury w miejscu publicznym - przestrzeganie prawa? Kielczanie? Nikt rozsądny nie podejmie się próby zwrócenia uwagi grupie ludzi pod mocnym wpływem alkoholu. A i rezultaty będą opłakane.
W poniedziałkowy wieczór przez niemalże pół godziny nie widziałem tam nawet jednego patrolu, który mógłbym poprosić o interwencję. Wezwania telefoniczne również nie przynoszą rezultatu.
Gdzie, jeśli nie w najpopularniejszym obecnie miejscu Kielc, powinni znajdować się funkcjonariusze? Nie zdają sobie sprawy z istnienia problemu? A może, sądząc po wypowiedziach komendanta straży miejskiej, interwencje nie mają sensu, bo problem jest niemożliwy do rozwiązania?
A wystarczyłby jeden patrol przechadzający się po Rynku i egzekwujący przepisy prawa. My poczujemy się bezpiecznie, a ogródki piwne jeszcze bardziej zyskają na atrakcyjności.
Zarówno spożywanie alkoholu w tym miejscu, jak i używanie słów nieprzyzwoitych są zabronione i dają odpowiednim służbom możliwość podjęcia czynności zmierzających do zaprzestania naruszania prawa. Wystarczy konsekwentnie karać sprawców, odbierać im napoje alkoholowe i wywozić na komendę. I w tej konsekwencji jest metoda.
Funkcjonariusze są bardzo skuteczni w karaniu młodych ludzi, którzy w środku nocy na osiedlowej ławce pozwolą sobie na łyk piwa. Ale jeśli robią to opisywane wyżej osoby w miejscu jak najbardziej publicznym, i to w sposób o niebo bardziej szkodliwy, nagle bloczki mandatowe tkwią w kieszeniach.
Uczmy się na błędach Krakowa, Warszawy czy Wrocławia. Jeśli dziś pozwolimy kilku osobom na robienie z Rynku meliny, w przyszłym roku będzie ich kilka razy więcej i rozwiązania nie będą już tak oczywiste.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kielce"
http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,47262, ... Rynku.html