Kultowa sala rozpraw przestanie istnieć
Agnieszka Drabikowska
Słyszała płacz oskarżonych, widziała rozpacz bliskich, słuchała wyroków śmierci. Ale były chwile, że pękała ze śmiechu i bawiła gości balu sylwestrowego. Niedługo najbardziej kultowa sala rozpraw w kieleckim sądzie okręgowym przestanie istnieć
- Mam do niej duży sentyment, spędziłem na niej całą swoją sędziowską młodość - wspomina Wojciech Arczyński, sędzia Sądu Okręgowego w Kielcach.
- Ona ma taki magiczny wydźwięk dla osób, które przez wiele lat uczestniczyły tam w procesach - przyznaje Stanisław Szufel, były wieloletni dziekan kieleckiej Rady Adwokackiej.
Chodzi o jedną z największych sal rozpraw w Sądzie Okręgowym w Kielcach, popularną "trójkę" na parterze budynku. To tam od ponad pół wieku odbywają się najpoważniejsze sprawy karne. Dziś jako jedyna ma kuloodporną klatkę dla najbardziej niebezpiecznych oskarżonych.
Wkrótce przestanie istnieć - zostanie wyburzona, bo w jej miejscu powstanie hol prowadzący do nowego skrzydła budynku. - To był mój dylemat moralny, bo ta sala ma swoją historię. Gdyby umiała mówić, opowiedziałaby niejedno... - przyznaje Mirosław Gajek, były prezes Sądu Okręgowego w Kielcach. To on podjął decyzję o rozbudowie sądu.
Chłop? Kto to taki?
To tu kilkadziesiąt lat temu padła historyczna definicja chłopa, o której mówił potem cały sąd.
Sprawa toczyła się o to, że gdzieś na świętokrzyskiej wsi kobieta pobiła mężczyznę. Pobity był mało rozgarnięty, więc niewiele mówił, oskarżona się nie przyznawała, a świadkowie teoretycznie nic nie widzieli.
Rozprawie przewodniczył sędzia Arczyński. - Raz na świadka przyszła starsza pani, tak koło siedemdziesiątki, w zapasce. I tak rozmawiam z nią i czuję, że coś zaiskrzyło. Pytam, czy widziała takie zdarzenia, że ktoś kogoś pobił.
- "No tak, bijo się. Na weselach, na stypach, to się bijo" - odpowiada.
- A widziała pani, jak baba pobiła chłopa?
Na to kobieta rozgląda się po sali, patrzy na pokrzywdzonego i pyta: "A to chłop jest?".
- Zdębiałem i mówię, że przecież portki nosi, to jak nie chłop - opowiada sędzia Arczyński. A kobieta na to: "Chłop to je taki, co musi być we wojsku, w kryminale i wstydliwą chorobę mieć".
Sędzia zapisał to w protokole i zrobił przerwę, żeby się uspokoić. - A potem te akta krążyły po całym sądzie, bo każdy chciał je przeczytać - opowiada sędzia.
Wyrok: kara śmierci
Śmiechu na sali nie było jednak dużo. Przez wiele lat obserwowano tu ludzkie dramaty, rozpacz rodzin ofiar, rozpacz oskarżonych. Tak jak 37 lat temu, gdy dwóch nastolatków zostało oskarżonych o zamordowanie starszej kobiety z osiedla Szydłówek.
Jednego z nich bronił mecenas Stanisław Szufel.
- Ten chłopak miał 19 lat. Przyznał się do winy, cały proces siedział ze spuszczoną głową. Wyrok był najsurowszy z możliwych: kara śmierci. Gdy poszedłem potem do niego do aresztu, nie mogłem wydobyć z siebie odpowiednich słów. Byłem początkującym adwokatem. Widziałem, że oczekuje ode mnie jakiegoś pocieszenia, zapewnienia, że wyrok nie zostanie wykonany. Widziałem śmiertelnie przerażonego młodego człowieka, który miał skończyć życie - opowiada mecenas Szufel.
Wyroku nie wykonano. Na skutek kasacji adwokata Sąd Najwyższy zmienił karę na 25 lat więzienia, a po 15 latach sąd zgodził się na przedterminowe zwolnienie skazanego. - Rok temu spotkałem tego człowieka w galerii handlowej w Warszawie. Poznał mnie, usiedliśmy przy lampce wina. Na początku długo milczeliśmy, bo trudno było wrócić do tej strasznej przeszłości. Okazało się, że w areszcie się ożenił, skończył szkołę, ma kochającą żonę, dwoje dzieci - opowiada mecenas Szufel. Zapytał, czy żona zna jego przeszłość. - Nie widziałem innego wyjścia, jak szczerze się jej wyspowiadać - odpowiedział mężczyzna.
Mecenas Szufel pamięta, jak jeszcze na procesie podeszła do niego starsza pani z publiczności, która śledziła wszystkie rozprawy. - Sarkastycznie powiedziała: "Gratulują panu klienta, panie mecenasie". Ja dopiero zaczynałem wtedy swoją pracę, speszyłem się, bo nie wiedziałem, jak jej to wytłumaczyć, że człowiek, który popełnił tak straszny czyn, może jeszcze mieć obrońcę - wspomina.
Płacz nad losem dziecka
Smutne obrazy z sali pamiętają też sądowe sekretarki. To one zapisują słowo po słowie, co mówią oskarżeni i świadkowie.
Anna Kopacz, długoletni sekretarz w Sądzie Okręgowym w Kielcach, wspomina proces o zabójstwo młodej kobiety z Piekoszowa. Mąż poderżnął jej gardło.
- Świadkiem tragedii był ich ośmioletni syn. I ten chłopiec zeznawał w sądzie, mówił, co widział. Miałam całą spódnicę mokrą od łez, nie widziałam klawiatury maszyny do pisania. Pamiętam, że wtedy były imieniny Józefa. Nie byłam w stanie złożyć życzeń sędziemu Józefowi Gackowi, bo cały dzień płakałam po tych zeznaniach. A ten chłopczyk nie uronił łzy - opowiada Kopacz.
Sylwester i białe spodnie
Historyczna "trójka" nie tylko była salą rozpraw. Dawniej odbywały się tam bale sylwestrowe dla sędziów i adwokatów. - To było w czasach siermiężnego socjalizmu, kiedy niewiele było miejsc na organizację takich imprez. Oprócz balów urządzono tu także choinki dla dzieci. Pamiętam, jak na dole trwał bal, a na górze sędzia Witalis Kuryłowicz, niezwykle porządny człowiek, siedział na sali i sądził do pierwszej w nocy - opowiada Arczyński.
Z tą salą sadową wiąże jeszcze jedno wspomnienie. - To było w latach 70. Było już późno, po kilku rozprawach, byłem trochę zmęczony. Patrzę, a tu coś białego mignęło mi przed oczami. Okazało się, że facetowi, który czekał na swoją rozprawę i wszedł do sali... spadły spodnie. Białe - opowiada sędzia Arczyński.
Po remoncie taka sama sala rozpraw zostanie zbudowana w nowym skrzydle kieleckiego sądu. - Ale jej ducha i klimatu na pewno odtworzyć się nie da - podkreślają nasi rozmówcy.
Bardzo mi się podoba ten artykuł, fajnie napisany.