
Ludzka podłość go zabiła
Po co Niemcy zabili siedemnastoletniego Wojtka Szczepaniaka? Nie dlatego że był dla nich groźny, ale dlatego że był silny. Silniejszy do nich, chociaż niski, przeraźliwie chudy, ze schorowanymi stopami.
****
29 listopada 1945 roku padał mokry śnieg. Było ponuro i szaro. Na kieleckim stadionie zebrało się kilkadziesiąt osób, głównie krewnych tych, co zaginęli podczas wojny. Wezwała ich Komisja Ekshumacyjna do spraw Zbrodni Hitlerowskich.
Wśród nich byli Maria Szczepaniak i jej syn Zygmunt. Szukali Wojtka.
Matka cały czas miała nadzieję, że nie będzie go wśród zamordowanych. Z czasem ta nadzieja robiła się coraz większa, bo w zbiorowej mogile nie znaleziono szczątków siedemnastolatka.
Do dziś nie byłoby wiadomo, co się z nim stało, gdyby nie Anioł.
Anioł, czyli dwóch młodych ludzi, których nikt nie znał i nikt nie widział, skąd przyszli i po co. Przybysze zaprowadzili Zygmunta do sosny samotnie stojącej kilkadziesiąt metrów od mogiły. - Szukacie siedemnastoletniego chłopca. Tutaj kopcie - mieli powiedzieć nieznajomi przed odejściem.
Zygmunt wspomina: - Po kilku uderzeniach łopatą odsunąłem ziemię, wyjąłem małą czaszkę z wlotem i wylotem kuli. W dolnej szczęce brakowało trzech zębów [Wojtek stracił je podczas przesłuchań - red.]. Potem podniosłem łańcuszek z medalikiem Matki Boskiej i różaniec. Z ciała posypanego chlorem pozostało niewiele. Chwilę potem matka wzięła w dłonie czaszkę syna, przytuliła i pocałowała ją. Ze łzami w oczach krzyczała. Wojtuś, synu najdroższy, już jesteś, synu! Już cię mamy! Och, zabili Cię, och, zabili cię!
*****
Do dziś nie wiadomo, kim byli ci dwaj mężczyźni. Świadkom ekshumacji nie udało się tego ustalić. Czy widzieli egzekucję? To mało prawdopodobne, Niemcy by na to nie pozwolili. O świcie 21 września 1944 roku, kiedy kula przeszyła głowę Wojtka Szczepaniaka, na kielecki Stadion nikt nie mógł wejść.
Urodził się w 1927 roku Radymnie. Wtedy było to województwo lwowskie, stąd późniejszy pseudonim. Teraz podkarpackie. Jego ojciec Antoni pochodził z Kielc, był oficerem, w 1920 roku walczył z bolszewikami.
Aż do wojny Wojtek szczęśliwie wychowywał się nad Sanem. Niemal nie stracił ojca, który został aresztowany przez Rosjan i był już w drodze na wschód, z której się nie wracało. Antoni Szczepaniak uciekł z transportu, przepłynął wpław San i ku radości żony i dzieci pojawił się w drzwiach domu, ale po tym Szczepaniakowie byli spaleni w Jarosławiu i musieli uciekać. I tak trafili do Kielc na ulicę Mahometańską, do domu z numerem 13.
*****
Na Mahometańskiej można było wtedy usłyszeć różne rzeczy. Np. śpiew Wiesława Gołasa, który dawał koncerty na balkonie swego domu. Dziś wspomina: - Trzeba się było jakoś przygotować do zawodu. Przypomina sobie też Wojtka Szczepaniaka: - Bardzo niski, miał chłopięcą twarz i był strasznie skromny, a przy tym uśmiechnięty. Ale on nie był w naszej grupie. Wojtek miał inne zadania, my okradaliśmy niemieckie samochody.
Podczas jednej z takich akcji Niemcy złapali Gołasa. - Nieźle dostałem w dupę od gestapo. Ale to nic w porównaniu z tym. co zrobili z Wojtkiem - mówi.
****
Szczepaniakom na Mahometańskiej żyło się biednie. Ojciec Antoni ucieczkę przez lodowaty San przypłacił zapaleniem płuc. Nie mógł już ciężko pracować. Zmarł w 1942 roku. Wojtek musiał iść do pracy. Pracował w hucie Ludwików, codziennie chodził do pracy 5 km w swoich drewnianych ciasnych butach. Po kilku miesiącach zaczęły się problemy z nogami. Zmienił pracę i trafił do sklepu z dewocjonaliami na rogu ulicy Czerwonego Krzyża. Spotkał go tam Janusz Siwek: - Miałem odebrać paczuszkę z tego sklepu. Wszedłem do środka i zobaczyłem bardzo mizernego chłopca, nawet nie myślałem, że to pracownik. Wtedy pan Szydłowski, właściciel sklepu, krzyknął: Wojtek, załatw klienta. Ten zrobił to bardzo uprzejmie.
Szczepaniak mógł odetchnąć. Praca nie była ciężka, ale też nie była dobrze płatna. To dlatego przeniósł się do zakładów Społem. Tam już zaczęło się mu układać. Nie dlatego że był fachowcem, ale dlatego że był zawsze uśmiechnięty, wesoły i uczynny. Tak jakby nie było wojny. Lubiły go za to pracownice, pomagał mu kierownik.
*****
Syna oficera nie mogła jednak nie obchodzić wojna. Ojciec dał mu dobrą i żywą lekcję patriotyzmu. Rok po jego śmierci Wojtek przystąpił do konspiracji harcerskiej. W dniu kiedy złożył ślubowanie Szarych Szeregów, powiedział do matki: - Mamusiu, od dzisiaj jestem żołnierzem. Jeśli krew oddam za Polskę, będę bohaterem. Będę walczył za ojczyznę jak tatuś. Proszę, żeby mamusia się nie martwiła, kiedy zginę z rąk Niemców. Co robił niski, pucułowaty i wiecznie uśmiechnięty chłopiec?
Włodzimierz Matwin wspomina: - Dwa razy z nim jeździłem na ulicą Źródłową. Tam nadawała radiostacja AK, my jeździliśmy w pobliżu na rowerach. Kiedy Niemcy się zbliżali, ostrzegaliśmy akowców. Wojtek miał rower z drewnianymi obręczami na grubych oponach.
Szczepaniak był przede wszystkim łącznikiem, rozwoził meldunki po Kielcach, jeździł z nimi poza miasto. Było mu łatwo, bo jego chłopięca twarz budziła zaufanie także u Niemców.
*****
Zanim jednak został żołnierzem, był ministrantem w kole ministrantów przy kościele na Baranówku. Byli tam też Wiesław Gołas i Włodzimierz Matwin.
Gołas: - Trochę przepychaliśmy się, kto ma dzwonić do mszy.
Szczepaniakowie byli bardzo pobożną rodziną. Brat Wojtka - Zygmunt - przyjął po wojnie święcenia kapłańskie, został duszpasterzem osób niepełnosprawnych, odprawiał msze w języku migowym. Młodzi ministranci zostali zwerbowani do konspiracji przez Zygmunta Kwasa "Kościelnego", który mieszkał w pobliżu Skoczni. Dla Kwasa wojna nie skończyła się w 1945 roku. UB wsadziło go do kieleckiego więzienia. Zginął, kiedy próbował uciec.
*****
Latem 1944 roku wojna miała się ku końcowi. Młodzi harcerze z zapartym tchem nasłuchiwali wieści z Powstania Warszawskiego. Wojska radzieckie były już w okolicach Rakowa i Łagowa, zaledwie 40 km od Kielc. 6 sierpnia do domu przy ul. Mahometańskiej przyszło dwóch mężczyzn. Zostawili ważny meldunek AK, który Wojtek miał przewieźć do Daleszyc.
Zygmunt, brat Wojtka, zapamiętał ten dzień: - Poprosił mamę o igłę z nitką i jedzenie na drogę.
Dzień był upalny, więc założył krótkie spodenki, wsiadł na rower i pojechał w kierunku Daleszyc. Na rogatkach Kielc żandarmi zatrzymali go do kontroli. Spod kołnierzyka wystawał kawałek nitki, jeden z żandarmów pociągnął za niego i znalazł zaszyfrowany meldunek. Kilka godzin później Wojtek był już w rękach gestapo przy ul. Focha (obecnie Paderewskiego). Kilka dni później trafiła tam jego matka. Mieli sąsiednie cele. Wspomnienia matki spisał Zygmunt, któremu udało się uciec przed aresztowaniem.
„Siedziałam w piwnicy nr 6, byłam zrozpaczona, a myśl o chłopcu będącym obok nie opuszczała mnie na chwilę. Rano gestapowiec otworzył drzwi i usłyszałam przeraźliwe krzyki mojego syna bitego z pewnością okrutnie, gdyż dosłownie ryczał z bólu, a jego krzyk przypominał mi wycie dzikiego zwierza. Wkrótce Niemiec zabrał mnie do niego. Syn leżał na podłodze cały zakrwawiony, półżywy. Po pewnym czasie poznał mnie i wyszeptał cicho: »Mamusiu, nikogo nie wydałem... czy mamusię bili... czy Zygmusia złapali? «. Tortury trwały ponad miesiąc. Wojtek spotykał się co jakiś czas z mamą, której kazano zmywać krew z jego celi. On siedział skulony w rogu w tych samych spodenkach, w których wyjechał do Daleszyc. »Mamusiu, powiedzieli mi, że jeśli wydam swoich albo będę konfidentem, to zaraz mnie wypuszczą, ale ja odmówiłem i oświadczyłem, że nigdy tego nie zrobię. Wtedy grozili rozstrzelaniem «”.
To miały być jego ostatnie słowa. 21 września o godz. 4.30 Wojtek Szczepaniak został rozstrzelany na kieleckim Stadionie.
Wojtek Szczepaniak ma na Baranówku swoją ulicę, prowadzi na stadion piłkarski. Stał się przez to bliski piłkarzom i kibicom Korony. Jest patronem Szkoły Podstawowej nr 29 w Posłowicach. Od dziś jest też patronem Gimnazjum nr 26 na Baranówku. Sam chodził do tej szkoły jako uczeń podstawówki.
****
Skąd ta legenda? Wojtek Szczepaniak nie jest typowym wojennym bohaterem: nie był dowódcą, nie wysadzał pociągów, chyba nawet nie zdążył wystrzelić z pistoletu. Nie pisał też wierszy tak jak Baczyński. Włodzimierz Matwin odpowiada: - Jak go dostało gestapo, to wiedzieliśmy, że nikogo nie wyda. Inny by tego nie wytrzymał, rozwaliłby nas wszystkich. Ale nie Wojtek. Nie trzeba większej odwagi.
Włodzimierz Matwin cały czas się zastanawia, dlaczego Niemcy nie wypuścili Wojtka z więzienia. Siedemnastolatek nie stanowił dla nich większego zagrożenia, mogli potrzymać kilka dni, porządnie stłuc i wypuścić. Z innymi tak robili. - Musieli być bardzo zdziwieni hartem jego ducha. Przestraszyli się tego, a przecież już wtedy robili w portki. Gdyby chcieli nas wystraszyć, zrobiliby z egzekucji pokazówkę. A oni zrobili to po cichu, chyba z czystej, ludzkiej złości, że jest coś, czego nie rozumieją, czego nie mogą złamać. Na tym polega wielkość Wojtka Szczepaniaka. Ludzka podłość go zabiła - stwierdza.
***
Maria Szczepaniak przez wiele lat codziennie przychodziła modlić się na miejsce, gdzie zamordowano jej syna. Zmarła w 1979 roku. Ksiądz Zygmunt Szczepaniak zmarł trzy lata temu. Dom przy ulicy Mahometańskiej zupełnie zmienił wygląd i numer, nie należy już do rodziny Szczepaniaków.
Wykorzystałem wspomnienia ks. Zygmunta Szczepaniaka "Chciał służyć Bogu, Polsce i bliźnim". Za pomoc dziękuję panu Jarosławowi Machnickiemu.
Źródło: Gazeta Wyborcza - Kielce
http://miasta.gazeta.pl/kielce/1,35255,4122247.html
Szkoda żeby ten tekst gdzieś przepadł, jeden z lepszych w karierze kieleckiej GW.